Książka
Artykuł w Granice.pl
Artykuł w Granice.pl
Śledztwo, dowody i technicy musieli poczekać. Teraz liczyła się tylko jedna, uparta osoba, która za nic miała wyrok śmierci wiszący nad jej głową.
Technicy kryminalistyki pracowali już w pocie czoła wśród dymiących ruin. Zawadzka i Walter podeszli bliżej, uważnie omijając powyginane pręty zbrojeniowe i ostre fragmenty skruszonej konstrukcji.
Po ponad godzinie na stole zaczęły pojawiać się pierwsze wyraźne zbiory: fragmenty sklepienia czaszki, kawałki żeber oraz drobne łuki kręgów.
Pokój przesłuchań przywitał ich chłodem i białym światłem, które bezlitośnie obnażało każdą zmarszczkę na twarzy zatrzymanego. Kurek siedział przy metalowym stole, splatając dłonie na blacie. Wyglądał na skrajnie wyczerpanego, ale w jego postawie nie było ani śladu agresji – raczej apatia kogoś, kto dawno przestał walczyć z losem.
Zawadzka wiedziała, co nastąpi teraz – najbardziej inwazyjny etap badania. Wysoki, świdrujący dźwięk piły oscylacyjnej na moment wypełnił pomieszczenie, a gdy ucichł, pokrywa czaszki została zdjęta.
Ciało Bednarka spoczywało już na stole sekcyjnym. Technik z wprawą ustawił główną lampę tak, by snop światła padał centralnie na klatkę piersiową denata. Obok, na pomocniczym stoliku, lśniły narzędzia: skalpele, nożyce kostne i piły. Tuż obok leżały karta sekcyjna, dyktafon oraz aparat fotograficzny.
Gabinet Zawadzkiej powoli przegrywał walkę z chaosem. Biurko niemal całkowicie zniknęło pod stertami raportów z oględzin, protokołów przesłuchań i ziarnistych wydruków z monitoringu.
Poranne słońce wdzierało się bezlitośnie przez szpary w zasłonach.
Dla Zawadzkiej było zdecydowanie zbyt ostre. Otworzyła oczy i przez dłuższą chwilę tępo wpatrywała się w sufit, próbując zorientować się w czasie i przestrzeni.
Coś tu ewidentnie nie pasowało. I nie chodziło o sam wybuch, o ten arogancki mail czy drastyczne zdjęcie przesłane mediom. Czuła, że problem leży głębiej. Jakby cała ta sprawa była zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, fragmentem znacznie większej układanki, o której istnieniu nie mieli jeszcze pojęcia.
Zofia poczuła nagły, lodowaty skurcz w żołądku.
– To zdjęcie zrobiono bezpośrednio na miejscu wybuchu – powiedziała cicho, jakby mówiła do siebie.
Artykuł o książce
Artykuł o książce
Artykuł w Radiu Łódź
Dwa wybuchy w ciągu zaledwie kilku dni. Dwóch martwych emerytowanych oficerów. A w rękach wciąż nie mieli nic – żadnego punktu zaczepienia, żadnego cienia sprawcy.
Wokół kłębił się tłum: sąsiedzi w szlafrokach, przypadkowi przechodnie i gapie z telefonami w górze, próbujący uchwycić tragedię w kadrze.
Wielonarządowy uraz. Natychmiastowa śmierć. Brak śladów substancji odurzających. Tożsamość potwierdzona na podstawie dokumentacji dentystycznej.
- Zosiu, w tamtych czasach robiliśmy rzeczy, o których dzisiaj nie pisze się w podręcznikach dla kadetów. Często balansowaliśmy na cienkiej granicy przepisów, żeby dopaść tych, którzy byli od nas sprytniejsi. Ale nic… nic, co od razu rzucałoby mi się w oczy jako motyw do tak brutalnej zemsty.
Zawadzka przyglądała się temu w milczeniu. Widziała kilkadziesiąt ciał – najpierw na studiach, potem w trakcie wieloletniej służby. Niejednokrotnie sama pomagała przy stole, wykorzystując swoje kompetencje z zakresu anatomii i antropologii. Mimo rutyny, każda sekcja miała w sobie tę samą, niepokojącą ostateczność.
Walter skinął głową, uśmiechając się pod nosem.
– Analiza motoryki chodu. Twoja działka, prawda?
– Dokładnie. To jak cyfrowy odcisk palca, tyle że w ruchu – odparła Zofia, wciąż zahipnotyzowana nagraniem.
Silnik mruknął przyjemnie pod maską, a samochód płynnie wytoczył się z osiedlowej uliczki. Przed nimi rozciągał się kolejny dzień śledztwa.
Westchnęła ciężko i naciągnęła kołdrę wyżej, czując, jak organizm w końcu zaczyna przegrywać z narastającym znużeniem. Jutro, pomyślała. Jutro z nim porozmawiam.
Było już grubo po dwudziestej drugiej, a w laboratorium wciąż paliły się światła. Na monitorach przesuwały się kolejne godziny nagrań z miejskiego monitoringu – monotonny ciąg pustych ulic, sporadycznych aut i przechodniów przemykających z pochylonymi głowami. Nic, co mogłoby przykuć uwagę na dłużej.
W mieście pojawił się ktoś, kto nie uderzał na oślep. Ktoś, dla kogo każda eksplozja była komunikatem, a ładunek wybuchowy – swoistym podpisem. Człowiek, który sam siebie nazwał TNT.
Artykuł o książce