Gdy skręcił w wąską uliczkę otoczoną porośniętymi bluszczem ścianami, zobaczył starą kobietę stojącą przy latarni. Jej oczy były bystre i dziwnie błyszczące w przyćmionym świetle. Spojrzała na niego, jakby jego właśnie oczekiwała. Bez wstępu zapytała: – Dlaczego odrzucasz miłość? – Elian zamarł. Pytanie to uderzyło go jak akord zagrany zbyt nagle. Wpatrywał się w nią, niepewny, czy jest prawdziwa, czy też jest wytworem jego zmęczonego umysłu. Postać zarówno intrygująca, jak i spokojna. Jej długie, białe włosy opadały miękkimi falami na plecy, łapiąc światło jak nitki blasku księżyca. Miała jasną twarz – nie w sensie młodości, ale w sposobie, w jaki świeca rozjaśnia miarowo ciemność. Było w niej coś świetlistego, coś, co sprawiało, że ludzie instynktownie ściszają głos. Jej oczy były zielone, jasne i łagodne, jak mech pod płytką wodą. Sprawiała wrażenie, jakby miała w sobie ten rodzaj wiedzy, który nie onieśmiela, ale zaprasza. Kiedy spojrzała na Eliana, poczuł, że widzi nie tylko jego jako mężczyznę, ale także jego myśli.