Ładowanie

„Żyć każdym dniem. Na bakier z rakiem”

„Żyć każdym dniem” to książka napisana przez wdowca, tuż po śmierci ukochanej żony. Swoistego rodzaju hołd oddany miłości życia, kobiecie, która zmarła zdecydowanie zbyt szybko przez rozrastający się w jej ciele nowotwór. Ale ta książka nie jest jedynie opisem walki z nierównym przeciwnikiem. Jest to również opowieść o ich barwnym życiu, o ich podróżach, o przyjaźniach, o różnych kulturach, w których przyszło im żyć. To pamiętnik z całego ich małżeństwa. Przypomnienie, że przed tym co złe, było to, co najlepsze. Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich to opis choroby, proces leczenia, mówienie o pierwszym szoku i o późniejszej determinacji. Tam właśnie autor wspomina jak ciężko jest powierzyć jednemu lekarzowi całe swoje życie, bo przecież lekarz jest tylko człowiekiem i może coś przeoczyć, może się pomylić, może o czymś zapomnieć, może w końcu nie trafić z terapią – nowotwór uczy ludzi bezgranicznego zaufania do obcych. W pewnym sensie wymusza ten nienaturalny stan, że nieznajomy nam człowiek staje się powiernikiem największych lęków i świadkiem najboleśniejszych upadków. Część druga została zatytułowana „życiem”, jest opisem ich wspólnych lat przed chorobą, kiedy wszystko było tak normalne i sielskie i tak codzienne, że nie zawsze to doceniali. Natomiast część trzecia, ostatnia to wywiady przeprowadzone przez Martę Szarejko. Rozmawiała ona z psycholożką, Małgorzatą Ciszewską- Koroną, genetykiem Arturem Kowalikiem, koordynatorką projektów w Fundacji Rak’n’Roll Martą Szklarczuk, anestezjologiem i specjalistą od leczenia bólu, Jerzym Jaroszem oraz – co na początku wydało mi się dziwne – edukatorką seksualną, Alicją Długołęcką. Wszystkie te rozmowy przynoszą czytelnikowi ogrom wiedzy, ale też dotykają sfer osobistych. Nie są to stricte naukowe wywiady, ale intymne rozmowy o temacie najtrudniejszym – o chorowaniu, o próbie ratowania siebie i swoich bliskich, a w końcu i o umieraniu. „Żyć każdym dniem” to piękny hołd, jaki mąż oddał żonie. To spisane wspomnienia z najpiękniejszych i najtrudniejszych lat ich wspólnej wędrówki. Nie mam pojęcia jak ciężko musiało być mu patrzeć jak odchodzi jego żona, ani jak jej musiało być trudno mieć świadomość, że przyjdzie jej zbyt szybko pożegnać bliskich. Mimo wszystko ciągle było między nimi silne uczucie, przywiązanie i oddanie, a ta książka jest tylko i wyłącznie potwierdzeniem tych słów. Polecam tę pozycję wszystkim tym, którzy utracili swoich bliskich, a także osobom, które przechodzą teraz trudną walkę z nowotworem – Tomasz i Manuela dają świadectwo, że rak nie przekreśla wszystkiego, że nie tępi uczuć i nie odbiera radości z codzienności. I dają siłę swoją historią.

Autor recenzji: Agata Kot

Ta strona używa plików cookies.
Dowiedz się więcej o polityce plików cookies klikając tutaj